11 lutego 2014

Rozdział (przedostatni) 9. Poświęcenie.

Kiedy dziewczyna nasyciła się długim rozcięciem, dała mi chwilę spokoju. Pchnęła mnie na ziemię, a ja nie czułam nic prócz pulsującego bólu na policzku. Wiedziałam, że płynie z rany krew. Czułam ciepło oraz wilgoć w tym miejscu. Zaraz potem ciecz spłynęła mi po brodzie.
Nie wycierałam się. Leżałam marnie tam, gdzie upadłam. Klaudia miała na tyle honoru, że mnie już nie kopnęła. Zamknęłam oczy i siłą woli próbowałam się połączyć z umysłem wampira.
Tak?, odezwał się „po pierwszym sygnale” Franc. Nic ci nie jest? Okropnie krwawisz, i gdyby nie fakt, że mnie się to podoba, byłbym nieco zaniepokojony.
Pocieszasz mnie jak nikt inny, dzięki, odpowiedziałam mu.
Do usług. Ale pamiętaj: To ty mnie spoliczkowałaś pierwsza.
Nie uśmiechnęłam się, choć wiedziałam, że to żart. Być może mi wybaczył albo jego wybujałe „ego” uradowało się tym czułym dotykiem, które miało miejsce jeszcze niedawno. Ale ja się smuciłam, że tak spędzamy moje ostatnie sekundy życia.
Przy wszelkiej sposobności zabij mnie, dobrze? Klaudia na wolności nie przynosi mi żadnych pozytywnych wizji. Wolę umrzeć z twoich ust niż z jej rąk.
Jeżeli to wyznanie miłości, wchodzę w to, zaśmiał się.
Jestem poważna, Franc.
Wiem.
Oboje milczeliśmy. Z trudem otwarłam oczy, krew oślepiła mnie zupełnie, ale nie chciałam już podnieść ręki i otrzeć twarzy. Byłam osłabiona, brakowało mi powietrza, światła księżyca. Pragnęłam ujrzeć twarz Maksa, ale wiedziałam, że dalej miał kasztanową sierść i czarny pysk.
Usłyszałam coś na zewnątrz. Najpierw były to czyjeś ostrzeżenia, potem tłumiona szamotanina, jakby ktoś walczył z wiatrem, a po chwili padł martwy. Cokolwiek to było, czułam od tego czegoś potęgę i gniew. Chęć zemsty.
Musisz mnie pozbawić życia, prawda? Nie chcę tu już być, więc to dla mnie akt litości, Franc. Myśl tylko o tym, kiedy to zrobisz. Akt łaskawości, akt wszystkiego, ale to zrób bez wahania.
On jednak milczał. Chyba zaczął mnie ignorować, być może jednak nie potrafiłam już wysłać mu myśli. Mrugałam, wmawiając sobie, że każda kropla traconej krwi nie ma znaczenia. Nie myślałam przy tym o życiu, ale o szansie zdobycia dla wampira mocy. Aż tak byłam altruistyczna?
Cicha dotąd Klaudia, której wcześniej wędrowała po pomieszczeniu, sycąc się widokiem zmarniałej mnie, zaintrygowała się sytuacją na zewnątrz. Odważnie wypięła pierś i szybkim krokiem dotarła do drzwi, by po chwili za nimi zniknąć.
Ktoś walczył z łańcuchami. Słyszałam szczęk metalu o ścianę, potem nieprzyjemny dźwięk łamania ciężkiego przedmiotu. Słyszałam pisk psa, pewnie to Maks domagał się uwolnienia. Byłam coraz bardziej nieświadoma tego, co się dzieje wokół mnie. Czy na zewnątrz nie zawył wilk, czy to był pisk dziewczyny?
Poczułam na wardze twardą, wewnętrzną stronę dłoni. Wampir otarł mnie z wszechobecnej krwi i przyłożył do swoich ust nadgarstek. Jednym, sprawnym ruchem przeciął sobie skórę, pozwalając popłynąć ciemnej, metalicznie pachnącej krwi. Patrzyłam, nie myśląc trzeźwo. Po co się krzywdzić? Miał tych zakrwawionych dłoni z trzy, ale przybliżając je do moich ust, zlepiły się w jedną.
Nie byłam pewna, co piję. Niby podał mi rękę z krwią, czemu więc poczułam smak soku wiśniowego? Płyn co moment zmieniał smak, konsystencję, pewnie i barwę. Nie wiem, jak długo rozkoszowałam się nektarem z porzeczek, sokiem jabłkowym czy multiwitaminą.
Kiedy się ocknęłam, Franc leżał obok mnie z rozciętą piersią. Dyszał ciężko, klatka piersiowa z wysiłkiem unosiła się w górę, potem szybko opadała w dół. Patrzył na mnie bezradnie oraz z rezygnacją.
- Widzisz, mówiłam wam. Nie uda wam się, nawet z niewidzialną pomocą – warknęła Klaudia, która niczym duch nagle pojawiła mi się przed oczami. - Widzę, że rana się zasklepiła. Szkoda by było... zrobić... następną...
Z każdym słowem robiła mi na policzkach krótkie nacięcia. Nie wiem, co się działo, ale chyba krew zasklepiała się za każdym razem. Blondynka syczała zirytowana.
Uśmiechnęłam się zadowolona. Franc miał zamknięte oczy, ale wydawał się silniejszy niż przed chwilą. Zmiana była gwałtowna. Nie wiem, na jak długo straciłam przytomność, co on zdążył zrobić, ale on wydawał się spokojny, więc i ja powinnam być taka.
Tylko Maks kwilił i warczał ściśnięty w ścianę. Szarpał się, co pogarszało jego sytuację. Widziałam rozpacz w jego psich oczach, chciał mnie uratować, walczyć, pomścić bliskich.
- Muszę z tobą skończyć, kochanie – warknęła mi do ucha dziewczyna. - Pożegnaj się z życiem!
Dziewczyna położyła lodowate dłonie ma moich policzkach i jednym zgrabnych ruchem skręciła mi kark. Nie widziałam już niczego.

Był późny wieczór. Jak zwykle próbowałam się wymknąć, może uciec, może tylko pospacerować. Chłodne powietrze otrzeźwiało mój umysł, ciało znów oddychało.
Byłam niemal pewna, że przed chwilą ktoś zrobił mi krzywdę, a zarazem w tym samym czasie nie myślałam o tym. Czułam się, jak dwie osoby tłuką mi się w umyśle. Jedna wiedziała wszystko, drugą to czekało.
Tak więc wędrowałam boso w koszuli nocnej. Czułam się żywa, szczęśliwa, że jestem tak blisko drzew, że mogę ujrzeć gwieździste niebo. Usłyszałam szelest, a cichy głosik podpowiadał mi, że jestem obserwowana. Nie słuchałam go, bo nie wydawało mi się, żeby źli, czyhający na moje życie ludzie stali pod domkiem noc w noc, czekając, aż ja głupio wyjdę na zewnątrz. To było wręcz niemożliwe, gdyż Franc miał swoją małą, silną armię. Czuwali nad nami, prawda?
Zrobiło mi się zimno, ale nie chciałam się wycofać. Póki co nikt mnie nie dopadł, a noc jest taka kusząca...
Trzask.
Odwróciłam się i zmrużyłam oczy. Ktoś kichnął, a ktoś inny przeklął, ale nie mogłam się dopatrzeć żadnego ruchu. To tak, jakby zabawa w ciuciubabkę. Nie widzisz ich, ale słyszysz. Musiałabym zdać się na mój nieco słaby słuch i wytropić prześladowców. Pokręciłam głową. Nie zdołam nawet z magicznymi mocami.
Zawróciłam. Przez połowę drogi nie miałam okazji dopatrzeć się innych oznak bliskości z jakąś nieidentyfikowaną istotą. Potem słyszałam zduszony, dziewczęcy okrzyk. Zamurowało mnie. Po chwili zdołałam poruszyć nogą. Zaczęłam biec, jak nigdy dotąd. Jakby od tego zależało moje życie, a w każdym razie czyjeś na pewno.
Kiedy widziałam już maleńkie światełko pochodzące z domu wampira, coś we mnie uderzyło i powaliło na ziemię. Nie zapiszczałam, tylko cicho jęknęłam.
- Błagam cię, do cholery! - syknął mi do ucha znajomy głos. Był gniewny, ale także przerażony. - Jeszcze raz spróbujesz wpędzić mnie do grobu, zabiję cię!
- Zapamiętam to – szepnęłam, oddychając głośno.
Franc pomógł mi wstać i objął mnie mocno. Momentalnie zrobiło mi się ciepło, ale wiedziałam, że to nie było jego celem. Nad jego ramieniem zdołałam zauważyć ruch, wrzask kogoś oraz usłyszałam wystrzał.
- Musisz wejść do domu, kiedy ja odwrócę ich uwagę – mówił mi do ucha mężczyzna. Marszczyłam brwi, nie pojmując, dlaczego tyle ryzykuje dla pyskującej małolaty. Nie rozumiałam wtedy tego. Nienawidził mnie, ale nie chciał mnie tracić.
Pokiwałam głową, zapiekły mnie oczy. Poczułam sympatię do najdziwniejszego człowieka, jakiego poznałam. Uścisnęłam go, jakby w ten sposób mogłabym mu się odwdzięczyć. Chciałam zrobić coś jeszcze, ale odsunęłam się.
Biegliśmy. Podobała mi się ta prędkość, bo nie musiałam się hamować przy nim, jak przy każdej innej osobie. Nikt nam obojgu nie dorównywał, byliśmy najlepsi. Katerina Luciano i Francis O-Długim-Obcokrajowskim-Nazwisku.
Nie pamiętam, jak się znalazłam przed domem. Stała tam mała grupka zwyczajnych ludzi w niezwyczajnych strojach. Mieli brązowe łachmany, a w rękach trzymali kusze z strzałami. Franc trzymał moje ramię i teraz musiał mnie pchać, żebym szła dalej. Ale im dłużej wpatrywałam się w wrogów wampira, tym bardziej chciałam stanąć i podejść do nich.
- Ach! - syknął mój towarzysz, a ja zauważyłam parę małych drzazg wgłębiających się w jego ramię. Szarpnęłam go w stronę domu, ale on pokręcił głową i warknął na otaczający nas tłum. Był wściekły jak na wampira przystało.
Nagle zza drzwi wyskoczyła głowa Jagody. Wołała mnie rozpaczliwie. Kręciłam głową, mówiąc, że nie zostawię Francisa samego.
- On przyjdzie, jeżeli ty będziesz bezpieczna.
Posłuchałam jej i wbiegłam do oświetlonego holu. Jagoda zamknęła za mną drzwi, a ja z protestem westchnęłam.
- Oszukałaś mnie!
- Wcale nie – warknęła Jagoda. - Wezwałam już świtę, lada moment tamci zginą, a samemu Francisowi nic się nie stanie, o ile on tego nie będzie chciał. Ma trochę mocy. No wiesz, potrafi władać telekinezą albo powietrzem.
- Ale on już oberwał w ramię! - jęknęłam.
- Od kiedy ci na nim zależy?
Zamrugałam. Nie znałam odpowiedzi na to pytanie. Wzruszyłam ramionami i skuliłam się pod ścianą, obgryzając nerwowo paznokcie. Zrobiło się cicho i groźnie. Potem Jagoda wyszła na zewnątrz, a ja coraz bardziej patrzyłam poprzez mgłę. Gdy usłyszałam strzęp rozmowy, wstałam gwałtownie, o mało co nie strącając wieszaka na kurtki.
Wybiegłam na zewnątrz. Było, jak myślałam. Wszędzie walały się zwłoki wrogów. Od nas było parę osób rannych, ale nie tak, żeby potrzebowali szczególnej pomocy. Tylko jedna osoba leżała i klęła na wszystkich wokół. Kiedy dobiegłam do leżącego, on stracił przytomność.
- Zanieście go do łazienki – rozkazałam dwóm najbliższym wampirom. Rozpoznałam Josha i Tymona. Potem zwróciłam się do czarownicy: - Zalej wannę ciepłą wodą i przygotuj jakąś magiczną maść, czy coś.
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, a potem z wdziękiem ruszyła, by spełnić moją prośbę. Ja nie odstępowałam kroku od rannego Franca, który bez swojej woli kiwał głową za każdym krokiem dwóch chłopaków.
Położono go do wanny. Woda zabarwiła się na różowo, potem przybierała barwy mocniejszej czerwieni. Spojrzałam na Josha i Tymona złowrogo.
- Czego jeszcze chcecie? Wyjdźcie!
Nie miałam pojęcia, dlaczego na nich wybuchłam gniewem. Może chciałam sama zająć się wampirem bez niepotrzebnej widowni. Kiedy oni wyszli z ociąganiem, nieufnie na mnie zerkając, ja zdarłam koszulkę z mężczyzny. Nie pogorszyło to sprawy, jak myślałam. Znalazłam w szafce czystą gąbkę oraz pincetę. Delikatnie wyciągałam maleńkie kolce z piersi wampira. Cieszyłam się, że mój pacjent nie może nic z tym zrobić. Pewnie chwyciłby mnie za nadgarstek i wykopałby z łazienki, nie dziękując za pomoc. Bo przecież miał tę swoją pieprzoną dumę!
Za każdym razem, gdy udało mi się pozbawić go malutkiego drewienka, ocierałam miejsce mokrą gąbką. Miejsce od razu się zasklepiało.
Po pewnym czasie musiałam zdjąć mu dżinsy. Zrobiłam to niepewną ręką, nie byłam ani trochę zadowolona. Kiedy Franc leżał w wannie w samych bokserkach, nieśmiałym wzrokiem oceniałam jego stan. Od pasa w dół wyglądał całkiem nieźle, nie miał żadnych ran, poza tym... Wyglądał całkiem nieźle. Uśmiechnęłam się pod nosem i wróciłam do jego klatki piersiowej. Po usunięciu większości odłamków, mogłam spostrzec, że na piersi miał równe blizny.
- Ślady miecza – szepnęłam, dotykając szramy.
W tej samej chwili mężczyzna ocknął się, zachłysnął powietrzem i z machnął dłonią, odtrącając mnie. O mało co nie upadłam. Jednak poczułam mocny uścisk na ramieniu i przyciągnięcie.
Wampir szybko ocenił sytuację – był półnagi w wannie, a ja stałam nad nim, obmacując go. Potem zbliżył mnie do siebie, prawie wpadłam do wody. Nasze twarze dzieliły milimetry, a ja zarumieniony spuściłam wzrok. Ale nie mogłam dłużej tak wytrzymać, zatrzepotałam rzęsami i spojrzałam wstydliwie w jego oczy. One sprawiały wrażenie niezgłębionych i mrocznych.
- Zapomnij o tym, co tu się działo – szepnął, a ja poczułam jego oddech na swoich ustach.
Mijały sekundy, a ja patrzyłam się na niego jak na idiotę. Zamrugałam i wyszarpałam się z jego uścisku.
- Skąd się tu wzięłam? Dlaczego jesteśmy razem w łazience? Co ty robisz? - denerwowałam się. Nie mogłam sobie przypomnieć chwili, w której oboje znaleźliśmy się w tej jednoznacznej sytuacji. Co ja zrobiłam?

----------------------------------------------------
Zapomniałam o tej scenie z wanną, więc musiałam ją wcisnąć jako zapomniane wspomnienie. Dziękuję za komentarze! ;) To przedostatni rozdział tego opowiadania, tak więc zastanawiam się, co dalej:
http://no-solo-we-duet.blogspot.com/2013/11/pomysy.html

Teraz zauważyłam, jak odbiegłam od pierwotnego pomysłu z Zakładniczką. Cóż... xD

(Ktoś się ucieszy ;D)

05 lutego 2014

Rozdział 8. Kłopoty

- Franc, wyjdź z Maksem, to sprawa wyłącznie moja i Klaudii – mówiłam, wylewając łzy. Ten z wstrętem na mnie patrzył. Odrzucał mnie on i mój przyjaciel, czułam się jak ostatnia idiotka.
Wampir rozchylił usta, chcąc coś powiedzieć. Oczy sypały iskrami wściekłości i bezsilności, ale blondynka przebrnęła dzielącą ich odległość w sekundę, zaskakując bruneta. Mój przyjaciel, patrzył to na nią, to na mnie z przerażeniem. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, chłopak przełknął ślinę i pokręcił głową.
Klaudia jednym ruchem powaliła Franca i przygniotła go do ziemi wysoką szpilką. Głupio to wyglądało, że taki umięśniony mężczyzna leżał sparaliżowany, a drobna dziewczyna górowała. Jej twarz promieniowała, była czysta i bez skazy, zaś chłopaka – brudna, zapocona, jakby stara. Wiedziałam, że wampir od dawna nie pił i pewnie był wykończony częstym ratowaniem mojego tyłka. A ja wciąż leżałam jak miernota z przywiązanymi rękoma.
Gdy zauważyłam, jak mój wróg naciska coraz mocniej na klatkę piersiową wykończonego krwiopijcy, zaczęłam oddychać coraz bardziej płytko.
- Może nam wszystko opowiesz, co? - wykrztusiłam, nie patrząc na nią. Mój wzrok utkwił na muszce, która wędrowała obok mnie po kurzu. - Franc cię zabił, a jednak chodzisz i mówisz.
- Tak, wszyscy chcą znać twój mały sekrecik, barbie – warknął ciemiężyciel.
Usłyszałam szuranie po nierównej, betonowej podłodze. Od razu pomyślałam o tych dziwnych linach. I nie myliłam się. Kiedy podniosłam głowę, mogłam dostrzec, jak ktoś niewidzialny obwiązuje mocno bruneta. Z przykrością dochodziły do mnie jęki i postękiwania.
Blondyna zastukała butami, oddalając się od nas. Kiedy odprowadzałam ją wzrokiem, spostrzegłam coś leżące w kącie. Miało ludzkie kształty, lecz było mniejsze, pomarszczone. Klaudia wyprosiła wilkołaków z sali, figlarnie puszczając oczko do jednego przystojniaka. Kiedy miejsce opustoszało, dziewczyna z dumą patrzyła na królową szkoły, ideała chłopaków, wielką Kat, która była pod jej panowaniem. Przybliżała się do nas, a z każdym krokiem mimowolnie – zapewne innym czarem, podobnym do tego z sznurem - odsuwałam się do tyłu, aż moje plecy zetknęły się z chropowatą ścianą. Siedziałam między moimi przyjaciółmi, o ile obu mogłam nimi nazwać.
Maks powoli zsunął się i opadł na podłogę, drżąc i pomrukując coś. Zarejestrowałam, że jego dłoń falowała.
- Nie, Maks – szepnęłam. - Tylko nie ty.
Klaudia tego nie podsłuchała, bo stanęła przed nami i udawała zastanowienie.
- Nie wiem, od czego zacząć! - westchnęła, niby rozżalona. Szybko jednak rozpromieniła się. - Chyba mam! Wszystko zaczęło się od dnia, w którym tu przyjechałam. Byłam z biednej rodziny, ale miałam to coś, więc fascynowałam fotografów. Słono płacili mi za jedno zdjęcie, a robili ich wiele! Tak więc rodzice i ja się ustatkowaliśmy i kupiliśmy ładny dom, daleko od poprzedniego miejsca zamieszkania. Wszyscy uważaliśmy, że powinniśmy zacząć od nowa. Ale mniejsza z tym... W pierwszym dniu szkoły poznałam ciebie, najseksowniejszą i najbardziej pożądaną osobę w tej wielkiej szkole. Chciałam zrobić na tobie dobre wrażenie, uśmiechnęłam się i mile przywitałam. Byłam ładna i świetnie ubrana, więc nie przewidywałam odrzucenia. Ale nie! Suka mnie zignorowała, bo była zajęta szukaniem swojej paczki. Nie dostrzegła nawet tego, jak pewien słodziak pożera ją wzrokiem. Potem dumnie odeszła. Śledziłam cię, zaczynając cię mocno nienawidzić.
I wtedy spotkałam ją. Kassandra, znana w szkole jako Sandra, powiedziała mi, że jesteś okropna i zasługujesz na najgorsze. Oczywiście, nie myślała tak, tylko chciała mnie podpuścić, bym była jej narzędziem. Głupia ja posłuchałam jej, ale i tak w końcu to by się stało. Sandra czekała, aż będę w paczce, w której i ona zresztą była. Powiedziała mi, czyim obiektem westchnień mam być, jak wbić się do was. Stało się to. A potem zawarłam przyjaźń z Aną. Szczerą, dobrą przyjaźń. Dziewczyna narzekała na ciebie, a ja, nienawidząc cię, podpuszczałam ją, żeby wygarnęła ci i zerwała tą wątłą nić więzi. Mimo wszystko ona nie usłuchała.
Mijały miesiące, lata. Ruda w końcu powiedziała mi, że cierpisz nocne katusze, bo wampir imieniem Franc cię szuka za pomocą nieśmiertelnej czarownicy. Z początku była sceptycznie nastawiona do jej słów, ale próbowałam zapamiętać każde jej słowo. Mówiła, że dzielnie walczyłaś z wielką mocą i to było dla niej niebywałe. Wiedziałam, że cię lubi, ale nie mogłam pojąć, dlaczego dąży do tego, by...
Pewnego dnia kazała mi namówić Anę, żebyśmy poszły do klubu. Tego samego dnia sprawiła, że ty i Maks odczuliście potrzebę wyznania miłości, która i tak nie istnieje. Ta więź, od kiedy się pocałowaliście, nie ma już miejsca. Owszem, może ty, Kat, jeszcze go lubisz, a on może wciąż cię kocha... Tak czy siak to wszystko było nieprawdziwe.

Spuściłam wzrok, a Klaudia radośnie się zaśmiała. Maks drgnął nieprzyjemnie, jakby prawda pogarszała sprawę. I nagle domyśliłam się, czemu przedramię chłopaka dziwnie drży. Nie mogłam jednak nic zrobić. Byłam bezradna.
- Kiedy Ana ci łaskawie wybaczyła, ja już miałam opracowany plan. Nie przeszło ci to przez myśl? Wiedziałam, że muszę ukłuć cię, zostawić krew na przedmiocie i coś zrobić, żeby potem dyskretnie zlizać kroplę twojej krwi. Udało się. Na człowieka jedna, maluteńka kropla to jak bomba wybuchowa. A wampir potrzebowałby pięć litrów.
No i właśnie w klubie spotkałyśmy hulaszczego krwiopijcę. Mając w sobie cząstkę ciebie, zmydliłam mu oczy. Wiedział, że coś nie gra, ale moja krew wrzała, zabijała powoli każdą moją komórkę, zmieniając mnie w coś dziwnego. Czuliście więź, przeznaczenie. Widziałam, jak jego oczy zmieniają barwę z tego na inny kolor, a ty nieruchomiejesz i stoisz jak słup soli.
Ale streszczę wam wszystko, bo spieszę się was zabić. Franc odebrał mi życie, Sandra podłożyła za moje ciało ciało zwierzęcia, a mnie porwała do siebie. Tam się obudziłam z mocą. Przez ten czas manipulowałam wilkami i wszystkimi innymi stworami oraz zdobyłam twoje wspomnienia z poprzedniego wcielenia. Nie byłaś święta! - zaśmiała się głośno, a ja mimo że nie miałam pojęcia, o czym mówiła, zarumieniłam się. - Oj, kochałaś go, kochałaś. A ten cię zabił i ponownie to planuje. Czemu więc martwisz się jego losem? Chcesz widzieć jego śmierć?
Nie chcę twojej odpowiedzi. Ja ją znam, dlatego pozwolę jemu patrzeć jak umierasz, tylko ze względu na to, że on będzie cierpiał, bo traci szansę na moc, jaką ja posiadłam.
Zakończę przerywaną wciąż opowieść jednym zdaniem. Dziś wysuszyłam Sandrę z mocy i spójrz, jaka z niej mumia!

Klaudia zachichotała jak małolata. Wdzięcznie się obróciła i za kiwnięciem palca kukła z dalekiego kąta sali podniosła się i przemieściła w naszą stronę. Gdy znalazła się wystarczająco blisko nas mogłam ujrzeć wysuszoną miniaturę człowieka. To coś było brązowe i dziwnie błyszczało w świetle.
- Sandra – szepnęłam, gdy dostrzegłam jeden słabiutki, rudy włos, który ostatni wypadł z małej, tabaczkowej główki.
Spojrzałam z nienawiścią na blondynkę, która śmiała się z wyższością i dumą. Sandra może i chciała mnie wykorzystać do czegoś, ale nie zasługiwała na to, co ją spotkało. To Klaudia zasłużyła na śmierć, gdyż ona bez większego powodu siała strach i zniszczenie.
- Teraz wiesz, jaką potęgą władam. Dzięki tobie panuję nad telekinezą, a dzięki nadnaturalnej śmierci zapewnionej przez wampira posiadłam także i jego właściwości. Potrafię wysysać kogoś z życia i brać tego korzyści, jak te potwory
Chciałam jej odpyskować, ale nie potrafiłam otworzyć ust. Drżałam z zimna, z zdenerwowania i z obrzydzenia. Czułam, jak w gardle mi się coś podnosi, a w żołądku miałam zupełną pustkę. Przypomniałam sobie, że dawno niczego nie jadłam i tym razem byłam z tego powodu szczęśliwa. Nie miałam czego zwrócić.
Maks obok mnie zaczął dziwnie kasłać. Wstał, jego ciałem wstrząsnęły torsje i przewrócił się.
Franc również wstał, ale raczej po to, żeby być przygotowanym na atak bestii. I miał rację, bo zaraz potem mój przyjaciel zmienił się w wielkiego, pięknego wilka, tylko że ten nie rzucił się na krwiopijcę. Wilczur stał i warczał na Klaudię, która najwidoczniej miała z tego niezłą frajdę.
- Zapomniałam! Jesteś przecież wilkołakiem! – zachichotała. - A pamiętasz, jak nasłałam ciebie i braciszka na tych dwoje? Jak zmusiłam Tomusia do napaści na Kat? A potem zginął w płomieniach, bo czarownica i wilkołaki chcieli uratować twoją przyjaciółeczkę. Uwielbiam sobie to przypominać! Jak jego włosy się palą, a skóra się złuszcza, a potem w mig zamienia się w popiół.
Nie zastanawiało mnie, skąd o tym wszystkim wiedziała. Byłam pewna, że miała wielu szpiegów, bo jej uroda wraz ze sprytem wiązała się z władzą. Ilu mężczyzn musiała uwieść, a których jedynie zmusić?
Maks przystąpił z łapy na łapę i warknął krótko. Wiedział, że nie ma wyboru, tylko czekanie na moją zgodę, ale rwał się do pomszczenia śmierci młodszego brata. To Klaudia była wszystkiemu winna. Musiałam pogładzić jego miedziane futro, żeby zapobiec temu. Wilkołak natychmiast znieruchomiał.
- Wszystko obróci się przeciwko tobie – szepnęłam. - Skoro jest pełnia, to mogę cię pokonać. Mam w sobie moc. To o to wszystkim chodzi.
Blondynka zrobiła krok w tył z przerażoną miną, co utwierdziło mnie w moim przekonaniu. Potem jej twarz złagodniała, kąciki ust uniosły się z drwiną. Straciłam rezon.
- Nie potrafisz, nie w ludzkim ciele – odpowiedziała mi, z przebłyskiem wyższości w tonie. - Tylko Franc zdołałby mnie zabić, z twoją całą krwią w sobie. A wiem, że nie pozwolisz, żeby wypił twoją krew.
Myliła się. Skoro czekała mnie śmierć, czemu niby nie miałam uratować chociaż Maksa i wampira? Byłam na tyle odważna i bezinteresowna. A ona głupia i naiwna.
- Poza tym nie udałoby mu się wypić całej twojej krwi przy mnie. Przerwałabym to z łatwości.
Mój sąsiad drgnął nieznacznie, poruszony do głębi. Po minucie usłyszałam w umyśle jego zirytowany głosik.
Zobaczymy.
Spojrzałam na niego, przerywając głaskanie przyjaciela. Chciałam mu powiedzieć, że pozwoliłabym mu napić się ze mnie. Przecież to nic takiego. Umarłabym tak czy inaczej. Splątane dłonie włożyłam w jego ubrudzone ziemią. Mężczyzna patrzył na nie, jakby widział je pierwszy raz w życiu. Uniósł brew na widok małego, brylantowego pierścionka, którego znalazłam w swoim pokoju podczas oględzin. Uznałam to za subtelny podarunek.
- Tak czy inaczej zacznę od ciebie, Kasieńko – warknęła wkurzona brakiem uwagi dziewczyna. Siłą woli przycisnęła wielkiego psa do ściany, a mnie wyszarpała, wysilając się fizycznie.

Pociągnęła mnie do środka pomieszczenia, a ja wbiłam wzrok w ścianę, z której wyłoniły się łańcuchy, oplatające ciała wielkiego zwierzęcia i młodego człowieka. Patrzyłam i drżałam, choć oczy miałam suche i zamglone. Nie zauważyłam ostrza w dłoni mojego wroga, dopóki nie poczułam go na policzku.

--------------------

Dziękuję za napływające komentarze. Wczoraj patrzę na bloga, a tu takie miłe zdziwienie! <3 Kocham Was! :D


30 stycznia 2014

Rozdział 7. Gniew.

Zanim znaleźliśmy się przy leśnej willi wampirów, Jagoda wyskoczyła z domu i rzuciła się na mnie. Wyglądała na przygnębioną i zatroskaną.
- Myślałam, że cię zabił – wyznała. Kiedy uwolniłam się z jej objęć, dziewczyna mogła zobaczyć moją minę. - Już wyjaśniam. W zwierciadle ujrzałam ciebie i Franca... - zarumieniła się, gdy to mówiła, gdyż ów mężczyzna stał obok i czekał, aż wejdę do środka. Wiedziałam, co widziała. Mnie i jego w długim, romantycznym pocałunku, a wokół nas różne mistyczne istoty i amerykański zespół grający w tle. - No i spoliczkowałaś go. I na tym się urwało. A ty, Francis, mógłbyś być kiedyś normalny, a nie wykorzystywać dziewczynę! Doskonale wiesz, że cię spoliczkuje, cokolwiek byś zrobił, ale nie! Przez cały ten czas umierałam z nerwów! Oboje jesteście nienormalni!
Prychnęłam, zerkając na wampira. Patrzył na mnie tak, że nie potrafiłam niczego odczytać. Żadnych uczuć, emocji. Zrobiło mi się strasznie przykro i poczułam, że pieką mnie oczy.
- Mogę pójść do swojego, skopiowanego pokoju? - spytałam łamiącym się głosem.
Jagoda jęknęła współczująco i wstawiła się za mną. Ona potrafiła kontrolować Franca, bo ten szybko się zgodził. W jego głosie wyczułam obojętność do mnie oraz jakąś ulgę. To mnie rozgniewało.
Tak pogrywamy, co?, pomyślałam wkurzona. Najpierw się do mnie kleisz, a teraz czujesz ulgę, że jestem daleko?
Dziwnie się poczułam, kiedy przyszło mi do głowy, że mężczyzna jest tak pokręcony jak ja. Nie wie, czego chce. Kiedy tak na niego patrzyłam, nie wydawało mi się, żeby taki był. Stał wyprostowany z uniesioną głową i bystrym, pewnym spojrzeniem. Taka osoba wiedziała, czego chce. Znała swoją wartość.
Dlaczego ja taka nie byłam? Zawsze zgrywałam laskę, która niczego się nie boi, jest beztroska i nie ma sumienia. To dlatego byłam taka pożądana, dlatego wszystkie dziewczyny mnie nienawidziły. Ja siebie samą też nienawidziłam.
Moja nowa przyjaciółka zaprowadziła mnie do sypialni, którą nawet polubiłam. Pokój był obcy, ale czułam, jak ktoś starał się mnie zrozumieć, dekorując to miejsce. Wiedziałam, że tej osobie na pewno się nie udało.
Pomaszerowałam do pamiętnika i zaczęłam tam gniewnie pisać o dzisiejszym dniu. Cierpliwie brnęłam przez wspomnienia o Joannie, potem o pilnowaniu mnie przez dziwnych wilkołaków, a na końcu o koncercie, z którego, jak się okazało, nic nie pamiętam. Przez egoistę Franca nie miałam sekundy do nacieszenia się muzyką.
Nieustannie wędrowałam po pokoju, dotykałam mebli, gładziłam fałdy na łóżku, poukładałam książki według autorów. Wzdychałam wściekła.
I tak spędziłam półtora tygodnia.
Pewnej nocy położyłam się na dywanie, czując miłe łaskotanie włosków na mojej skórze. Zamknęłam oczy i po prostu nie myślałam. Chciałam odetchnąć, uspokoić się. Ale im bardziej tego chciałam, tym mniej opierałam się myślom. Umysł przypomniał mi twarz Anastazji, Maksa...
Wstałam jak oparzona. Nie mogłam tu dłużej być. Wzięłam pod pachę pamiętnik i zeszłam na parter. Ubrana byłam w krótką, letnią sukienkę – prezent od Franca, który znów próbował wkraść mi się w łaski.
Zachowywałam się cicho i ostrożnie. Po drodze słyszałam jakieś głosy w innych pokojach, a gdy przeszukałam salon i kuchnię, oba pomieszczenia były puste. To dodało mi odwagi. Przybliżyłam się do drzwi, powoli je otwarłam i zniknęłam za nimi.
Noc była ponura i wszędzie wyczuwałam napięcie. Nie bałam się jednak, czując, że mój anioł stróż w postaci Franca znów cudem mnie ocali, jak zwykł to robić.
Zrobiłam parę kroków i zerknęłam przez ramię na wspaniałą willę, kiedy pomyślałam, że już tutaj nie wrócę. Mrugnęłam, pozwalając łzom spłynąć na zimne policzka. Tęskniłabym za Jagodą, Treshem i innymi. Nawet czułam ukłucie w sercu na myśl o Francu. Ale nie chciałam tam siedzieć.
Przemierzyłam cały las, ale nie potrafiłam odnaleźć końca. Dziwiło mnie to, bo był to las zwany często Małym Lasem. Miał jedynie parę hektarów. Grzybiarze mówili, że się tam wchodzi i wychodzi w ciągu paru minut. A tej nocy miejsce było dziesięciokroć większe.
Wydawało mi się, że po godzinie ktoś krzyczał moje imię. Odwróciłam się i wytężałam wzrok i słuch. Przypomniała mi się jedna sytuacja. Jako dziesięciolatka zgubiłam się w wielkiej galerii handlowej. Jakimś cudem utknęłam na klatce schodowej, a wszystkie drzwi mogły być otwierane jedynie od zewnątrz. Biegałam na wszystkie piętra, a gdy znalazłam szklane zamknięte wyjście, waliłam w nie jak szalona i krzyczałam. Byłam jednak na tyle opanowana, że nie płakałam. Potem dalej biegałam w górę i na dół, aż nagle zjawił się młody mężczyzna, który podał mi rękę i uwolnił mnie z klatki. Byłam onieśmielona jak zawsze, gdy spotykałam kogoś od siebie starszego. Kiedy zamknęły się drzwi, które blokowały mi wyjście z niemożliwej pułapki, dorosłego już nie było. Wszędzie słyszałam wykrzykiwanie mojego imienia, ale ja szukałam pana, który jedyny wiedział, gdzie jestem. Jedyny, który mnie uratował. A ja nie wiedziałam, kim on jest. Wydawało mi się, że zdołałam zauważyć jagnięce oczy.
Zatrzymałam się. Myśli kotłowało się w mojej głowie. Zazdrościłam postaciom z Harry'ego Pottera, że mieli swoją myślodsiewnię. Pewnie potem czuli się wiele lepiej.
Próbowałam zawrócić, ale należałam do tych osób, które prawie w ogóle nie orientowały się w terenie. Rozglądałam się, szukając wielkiego, grubego drzewa, którego jeszcze przed chwilą mijałam. Nigdzie tego nie było, więc byłam nieco oszołomiona.
Poczułam, jak ktoś dotknął mojego ramienia. Odwróciłam się, ale nikogo nie było. Skonsternowałam się.
- Halo? - krzyknęłam, drżąc od zimna, które mnie nagle dopadło. - Chyba mi się... Aaa!
Przede mną stał Maks w całej swojej okazałości. Był wyższy, niż ten, którego pamiętałam. Uśmiechnął się w znany mi sposób. Był tak nieziemsko przystojny, aż zaczęłam się zastanawiać, czy to naprawdę on. Teraz, kiedy nie było rzeczy, których nie widziałam, mogłabym uwierzyć w większość bzdur.
- Maks! - przytuliłam się do niego szczęśliwa. Jakie to szczęście było spotkać najlepszego przyjaciela.
Chłopak miał strasznie gorącą skórę. Miałam wrażenie, że dymił się. Wiodłam palcem po jego przedramieniu, na którym zauważyłam bliznę w kształcie półksiężyca. Miało to nierówne brzegi. Gdy to dotknęłam, ujrzałam znaną mi twarz z wampirzymi błękitnymi oczami. To był ktoś, kogo kochałam i nienawidziłam. Ktoś, kto mnie uratował.
Odsunęłam się od milczącego szatyna. Maks zaciskał wargi i patrzył na mnie gniewnie. Otwarłam oczy szerzej w przerażeniu. Zdrajca chwycił mnie za gardło i uniósł wysoko. Ukazał mi swoje wilcze kły podczas długiego warczenia.
- Mój brat, ty suko! - ryknął i rzucił mną daleko przed siebie. Gruchnęłam z impetem w jakiejś drzewo i poleciałam jak marionetka na ziemię. Zanim spróbowałam wstać, chłopak ponowił czynność. Czułam, jak wewnątrz krwawię i jak plecy mnie strasznie bolały.
- Poszliśmy cię ocalić! - warczał. - A ty zbratałaś się z mordercą! Przez ciebie mój brat zginął!
Kiedy jeszcze mnie cisnął gdzieś, poleciałam na ściółkę leśną, która słabo zamortyzowała upadek oraz jeszcze bardziej mnie podrapała.
- Nie – wykrztusiłam. - Chciałam go ocalić... To on...
Ale przemawianie do rozumu rozżalonej osobie, to jak rzucanie grochem o ścianę. Osobnik mruczał pod nosem gniewnie, a potem spojrzał na mnie ze wzrokiem psychopaty. Uśmiechnął się i uderzył mnie po raz ostatni. Straciłam przytomność.

Obudziłam się niewiele później. Ktoś niósł mnie na silnych ramionach, ale nie otwierałam oczu. Strach przemógł inne cechy, które we mnie teraz milczały.
Słyszałam kroki odbijające się od żwiru, piachu i drobnych kamieni, więc uznałam, że jesteśmy wciąż w lesie. Może nawet niedaleko miejsc, w którym mnie zaatakowano. Porywacz musiał być Maksem.
Nagle znaleźliśmy się przed domem. Otwarto nam drzwi i chłopak wniósł mnie do środka, położył na podłodze. Usłyszałam szept:
- Chyba śpi, ale to cwaniara pewnie jest – mówił mężczyzna. Więc nie był to mój dawny przyjaciel. Zastanawiało mnie, co się z nim stało. - Ale bardzo łatwo ją załatwiłem, choć mówiłaś, że będzie ciężko.
- Och, stul dziób, idioto – warknęła dziewczyna. Klaudia. Z trudem utrzymywałam opadnięte powieki. - Tak, ona jest cwana i tyle powinieneś wiedzieć. Wysłaliście posłańca? - zwróciła się do tyłu. Odpowiedziały jej pomruki. - Więc dobrze, wszystko idzie zgodnie z planem. Tylko trzeba chwilę poczekać.
Zapadło długie milczenie, które pogarszało moją sytuację. Gdy rozmawiali, było mi wygodniej leżeć i udawać nieprzytomną, ale w tej chwili już nie było tak przyjemnie. Żeby odciągnąć swoje myśli od tych pogarszających wszystko, zaczęłam planować jak i próbowałam zrozumieć, co się dzieje. Czyli tamten Maks nie był tym moim przyjacielem? Kim był posłaniec? Do kogo poszedł? Co ze mną będzie?
Z każdym oddechem przychodziły następne niewypowiedziane na głos pytania. Czy dziś jest pełnia? Co Klaudia tu robi? Czy to jest jeden, wielki i szalony sen? Śniło mi się kiedyś coś podobnego, ale nie sądzę, że nagle skądś wyskoczy wielka palma i zatańczy hula.
Usłyszałam stukot szpilek blondynki. Dziewczyna zatrzymała się tuż przed moim nosem i kucnęła, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej. Wiatr głaszczący mnie po policzku dostarczył mi tą wiadomość. Poczułam jej zimne palce na policzku, szyi, a potem na powiekach.
- Śpisz, kochana? - zapytała, potem wstała. Kopnęła mnie z całej siły, tak że otwarłam oczy z zaskoczenia. Straciłam prawie całe powietrze z płuc. Wszystko zaczęło mnie ponownie boleć. Spojrzałam na przeciwniczkę z wrogością.
Kątem oka zauważyłam, że znalazłam się w opuszczonej fabryce. To pomieszczenie musiało służyć właścicielom, bo było stosunkowo małe i najmniej zniszczone. Wszystkie ściany były jednolicie szare i zamiast okna była dziura.
Z każdej strony czułam dziwną tkaninę, która jak wąż ciągnęła się po moim ciele. Po chwili pojęłam, że to grube liny splatają moje ręce. Były misternie zrobione i wyglądały na niezniszczalne. Przełknęłam ślinę i wbiłam wzrok na długonogą ślicznotkę stojącą przede mną. Stała na wysokich szpilkach oraz miała niesamowitą, czarną sukienkę. Wyglądała seksownie, i taka przecież była. To za nią oglądała się większość mężczyzn, których ona spotkała. To dla niej rzuciło mnie z czterech chłopaków.
Dziś, pierwszy raz w życiu, nie zirytowałam się na tą myśl. Kiedy na nią patrzyłam, zastanawiało mnie tylko to, jak ona wykiwała policję i rodzinę.
- Czemu ty jeszcze żyjesz? - syknęłam, chcąc ją zmusić do wyznania sekretu.
- Dobre pytanie, co? - Klaudia uśmiechnęła się z pogardą i dumą. - Może poczekamy, aż zjawi się twój kochanek? Lub dwóch...
Nagle ktoś kopniakiem wyważył drzwi. Odwróciłam głowę w tę stronę. Poczułam swoje włosy w usta, ale mało mnie to obchodziło. Zdziwiłam się na widok chłopaka, którego nie miało tu być.
Był tu Franc i... Maks. To widok tego ostatniego mnie zdziwił, dlatego mimo niebezpieczeństwa krzyknęłam do niego z czystej głupoty:
- Uciekaj, Maks! Ale to już! - zarządziłam jak starsza siostra. On przekręcił głową nieznaczne i wbił wzrok w punkt położony po jego lewej stronie.
- A ty, Kat? - warknął Franc. - Coś ty narobiła znowu?
Nie odpowiedziałam, z trudem przeniosłam spojrzenie na wampira. Był w szarym garniturze i wyglądał lepiej niż zawsze. Był spokojny a kiedy zwrócił uwagę na blondynkę, w ogóle się nie zdziwił. W jego oczach widziałam coś, co przewidywało kłopoty. Czułam, że znów mnie uratuje, ale tym razem w oczach miał i smutek. Bynajmniej nie co do Klaudii, bo już zdążyłam go poznać.

- Ty powinnaś być martwa. Zabiłem cię.

-------------------------

Coraz mi gorzej wychodzi (moim zdaniem) to opowiadanie. Nie mam motywacji, chyba więc zacznę pisać coś dla siebie i tylko dla siebie. Jeszcze nie mam pojęcia. Zakończę Zakładniczkę, dodam potem opowiadanie dla przyjaciółki z okazji jej urodzin (fani Igrzysk Śmierci, BTR'u i Tajemnic Domu Anubisa się uradują).
A tutaj parę gifów z bohaterami ;)
Klaudia:
Maks:

24 stycznia 2014

Rozdział 6. Nadopiekuńczość.

Od czasu ataku dwóch wilkołaków – pytałam Franca o to, czy wilkołaki są podatne na księżyc, a on zamyślił się i po chwili powiedział, że pierwszy raz widział wilkołaka w postaci zwierzęcia w dzień – dom był strasznie dobrze strzeżony, a pilnowali go świetnie wykarmione wampiry i wilkołaki oraz nic niepotrzebująca Jagoda. Z niektórymi się zaprzyjaźniłam. Gdy lepiej poznałam Jagodę, poczułam do niej sympatię, mimo że zamordowała brata mojego przyjaciela. Była nierozumiana przez całą społeczność wampirzą i wilczą. Jedynie martwy już Nate słuchał jej i potrafił ją rozbawić. Czarownica mówiła, że był wiernym przyjacielem Franca. Jednym z pierwszych. Co skłoniło więc Nate'a do zaatakowania mnie? A co do zamordowania tego wampira mojego francuskiego „adoratora”?
Drugą sympatyczną osobą był Tresh, wilkołak z krwi i kości. Był najmłodszy z wszystkich, miał ledwie skończone siedemnaście lat. Z początku zarywał do mnie, ale jasno powiedziałam mu, że nie jestem zainteresowana. Potem zażartowałam, że Franc by go za to zabił. A byłam pewna, że zrobiłby to.
- Tresh, ona ściemnia – powiedziała wampirzyca Joanna. To ona namiętnie zlizywała krew Francisa z swojego palca pamiętnego wieczoru. Teraz półsiedziała, półleżała na stole, słuchając muzyki klasycznej granej przez Mariannę na pianinie. Wydawało jej się, że jest seksowna i pożądana.
- Grunt, że ty mówisz prawdę – powiedziałam słodkim, lecz pełnym jadu głosem. Ogarnęła mnie wściekłość, gdyż ona miała zwyczaj przygarniać do siebie wszystko.
- Och, biedna, głupiutka Katerina – szepnęła, a Tresh, który siedział obok mnie, zesztywniał. - Nikt się tobą nie interesuje. Jesteś potrzebna tylko do... Ach! Tylko ci najlepsi wiedzą wszystko, a ty na zawsze pozostaniesz w niewiedzy. Uwielbiam patrzeć, jak chełpisz się uwielbieniem Franca, kiedy prawda jest zupełnie inna! Haha!
Poderwałam się z sofy, na której zwykłam siedzieć. Tresh zrobił to samo, choć nie wiedziałam czemu. Nie zaatakowałabym tej jędzy, a nawet gdybym to zrobiła, to mnie trzeba by było ratować. Może dlatego i on wstał.
- Powiem ci jedno – syknęłam. - Niech cię diabli wezmą, razem z tym twoim ukochanym i tym knuciem! Gdzieś mam to, czy przeżyję tą pełnię, która nastąpi za trzy tygodnie!
I w tym momencie coś wpadło mi do głowy. Uśmiechnęłam się, nie ukrywając tego.
- Och, jakże mi ulżyło! A teraz, jeśli pozwolicie, pójdę do swojego pokoju.
Joanna odwróciła twarz, ale zdążyłam zobaczyć jej oburzenie.
Moim pokojem był teraz pokój Franca. Nie mogłabym wrócić do poprzedniego, ze względu na żabojada, który bał się, że następnym razem inny potwór zakradnie się i mnie porwie. Tak więc co noc musiał mnie ktoś obserwować i spać w tym samym pokoju. Franc pozwalał na to jedynie Jagodzie, a czasem gdy ona nie mogła, to sam trzymał wartę. Siedział raz na pufie i udawał, że czyta w ciemności książkę, ale czułam jego hebanowe oczy na sobie. Przez to wszystko zaczęło mnie wkurzać. Cisza, spokój, światło przechodzące przez szparę pod drzwiami, kroki tłumione przez dywan na korytarzu, ciche śpiewy, chichoty.
- Mógłbyś przestać? - warknęłam pewnego wieczoru. Minął wtedy piętnasty dzień, od kiedy się tu znalazłam.
- Co przestać? - spytał, odkładając książkę, którą dziwnym trafem czytał do góry nogami.
- To całe niańczenie się mną – jęknęłam i usiadłam na łóżku. - Wszystko mnie wkurza, kiedy tak tu siedzisz i mnie obserwujesz. Skąd mam wiedzieć, że jak zasnę, to nie skrzywdzisz mnie? Ta cała twoja Joanna cały czas powtarza, że czekacie tylko, aż COŚ się stanie. Chodzi wam o pełnię? - zapytałam, kiedy widziałam mimo ciemności, jak mina Franca rzednie. - Mam czas do pełni?
- Nie mogę ci powiedzieć. Wiedz tylko, żebyś cieszyła się każdą sekundą życia, którą ci zagwarantowałem – szepnął.
- Jak mam się cieszyć, kiedy siedzę w jednym miejscu przez długi, długi czas? Mógłbyś mnie puścić gdzieś...
Franc zacisnął usta, a jego oczy zmieniły się w dwa małe węgliki. Zerknął na mnie i uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Od dwóch dni planowałem ci to powiedzieć – zaczął, zaciekawiając mnie. - Niedaleko jest koncert Imagine Dragons, a z piosenek znajdujących się w twoim telefonie wywnioskowałem, że ich lubisz.
- I to jak! - pisnęłam. Patrzyłam na wampira bez mrugnięcia okiem. Byłam zszokowana. - Kiedy będzie ten koncert?
- Za godzinę – szepnął zmieszany.

I tak krótko wyjaśniłam, co się działo przez ostatnie dni. Ach! Łukasz często mnie odwiedzał i sprawdzał moje zdrowie fizyczne i psychiczne. Jednak już nie pamiętał, że tutejsi ludzi to wampiry, a ja jestem ich więźniem. Ale to już nieważne.
W tym momencie siedziałam w samochodzie Franca. Był obok mnie, więc byłam niezwykle onieśmielona. Wyjęłam dłoń z kieszeni kurtki i zaczęłam grzebać przy radiu. Po setnej mojej próbie, Francuz zlitował się nade mną i przy jednym kliknięciu guzika włączył urządzenie.
- Nienawidzę technologii – skwitowałam, wiercąc się teraz na siedzeniu. Naciągałam przykrótką spódniczkę mini, którą dostałam od Jagody. Nie wiem, czemu chciała, żebym się tak wystroiła. Krępowało mnie to tej nocy.
- Nie możesz usiedzieć na miejscu? - jęknął, patrząc na drogę. Spojrzałam na niego wymownie, ale już więcej się nie poruszyłam. Z radia dochodziła piosenka „Spectrum” Zedd, więc uspokojona patrzyłam za okno i marzyłam, że poczuję wreszcie wolność.
Mój kierowca rozpędził się na autostradzie. Przebył więc drogę o wiele szybciej, niż wcześniej kalkulował. W jakiś nieokreślony czas znaleźliśmy się pod wielkim budynkiem z dziwnym, zapleśniałym szyldem. Jakimś cudem na zatłoczonym parkingu znalazło się jedno wolne miejsce niedaleko wejścia.
Kiedy Franc zatrzymał się, ja siedziałam jak strusia na swoim miejscu i obgryzałam paznokcie. Korciło mnie, żeby uciec, ale facet jasno powiedział, że mnie dogoni, więc najlepiej, żebym czekała, aż on otworzy mi drzwi.
I zrobił to. Jak prawdziwy wampirzy dżentelmen. W sumie urodził się w średniowieczu, kiedy była moda na rycerstwo. Wpatrywałam się w jego szlachetną twarz, kiedy pojawiła się wraz z pomocną dłonią. Zachwycały mnie jego łagodne rysy i te wiecznie dziecięce oczy w różnych odcieniach brązu, a czasem błękitu.
Gdy dotknęłam jego ręki, naelektryzowało mnie. Zdziwiona zignorowałam to i wyszłam z trudem z sportowego samochodu. Kiedy stałam stabilnie na wysokich szpilkach Jagody, Franc zamknął drzwi i zablokował auto.
Bez słowa wskazał dłonią bym szła pierwsza, a ja zachichotałam nerwowo i niezbyt radośnie. Naciągnęłam znowu spódniczkę i ruszyłam w stronę budynku.
- Nie sądzisz, że jest dziwnie pusto? - zagadnęłam go, nie widząc żywej duszy na ulicach. Franc milczał. Nie odwróciłam się, by na niego spojrzeć. Szłam przed siebie, podekscytowana.
Poruszaliśmy się długo i w zupełnej ciszy. Teraz myślałam, że za daleko zaparkował. Czułam się nieswojo, kiedy on był za mną zaledwie krok dalej. Wydawało mi się, że poczułam na skórze jego chłodny oddech.
Ta cisza i to zimne, nocne powietrze pozwoliło mi wreszcie normalnie myśleć. Jak mogłam go zaczynać lubić?, głowiłam się, a strach zaczął nade mną panować. Jak mogłam poczuć sympatię do Jagody? Dlaczego z nimi wszystkimi rozmawiałam? Każdy z nich zamordowałam co najmniej jedną osobę! A ja potencjalnie jestem ich następną ofiarą!
- Kat? - odezwał się piękny głos. Franc nazwał mnie „Kat” pierwszy raz, jak mi się wydawało. - Coś się stało?
- Nie, nic się nie stało – odpowiedziałam szybko. Zbyt szybko.
Rozejrzałam się i z trudem orientowałam się, gdzie jestem. Wejście do klubu było zaniedbane i rozwalone, a pierwsze sale były ruiną. Prowadzona, trafiłam do wielkiej, królewskiej sali nieprzypominającej żadnych z klubów.
W środku tłoczyło się mnóstwo ludzi.
- To to? - zapytałam zdziwiona. Owszem, ludzi było mnóstwo, ale czułam dziwną atmosferę. Początkowo patrzyłam na tajemnicze osoby i nie zauważałam żadnych wizualnych różnic.
Brunet pokręcił głową zrezygnowany.
- Tak pragnęłaś gdzieś wyjść, a teraz sama robisz ciągle problemy – zaśmiał się. Jego uśmiech powalał. Nigdy nie widziałam, żeby się śmiał przy kimś innym. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, uśmiechnęłam się, czując ciepło w środku. - Tak naprawdę, to ten koncert jest dla wtajemniczonych – mrugnął, żebym mogła pojąć, o jakich „wtajemniczonych” chodzi. Doskonale już widziałam, że ci ludzie, tak milczący i dziwni, to: wampiry, wilkołaki, czarownice, elfy, kitsune czy śliczne, wyzywające nimfy.
Zarumieniłam się, napotkawszy spojrzenie jednego z pięknych elfów.
Na wysoko postawioną scenę weszło parę dziwnie ubranych osób z instrumentami. Wokalista podszedł do mikrofonu i się przywitał nieśmiało, patrząc na twarze nocnych stworów. Imagine Dragons z bliska wyglądali tak zwykle, że aż niezwykle.
Po krótkim sprawdzianie instrumentów zaczęli grać „Demons”.

I wanna hide the truth
I wanna shelter you
But with the beast inside
There's nowhere we can hide

No matter what we breed
We still are made of greed
This is my kingdom come
This is my kingdom come

When you feel my heat
Look into my eyes
It's where my demons hide
It's where my demons hide
Don't get too close
It's dark inside
It's where my demons hide
It's where my demons hide
Podeszłam do bruneta, który ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał się wokaliście. Zacisnął usta i nie zwracał na mnie żadnej uwagi. Przyglądałam się jemu, jak on przyglądał się zespołowi.
- Imagine Dragons są tak dobrzy, że wszystko uchodzi im na sucho – szepnął, zwracając się do mnie. Wskazał palcem w ich kierunku. - Jeden z nich jest synem nimfy i czarodzieja. A te piosenki...
- Po prostu je piszą – powiedziałam, zanim skończył zdanie. - Nie stój tak! Zabaw się!
Wskazałam na tłum nastolatków i młodych dorosłych, którzy tańczyli i śmiali się radośnie. Nimfy podrywały opanowanych elfich mężczyzn, a elfki stały obok oburzone, błyszcząc swą magią. Za to wampiry miały swe ludzkie towarzyszki, z których czasem upijali łyk krwi. A lisołaki uderzały żartobliwie innych swoimi licznymi ogonami.
- Nigdy nie widziałam takich istot – zwierzyłam się wampirowi. Oboje jedyni staliśmy na uboczu ciemnego pomieszczenia. Objęłam się ramionami. - Oczywiście, w noc, podczas której zabiłeś Klaudię, widziałam ciebie, tą dziwną barmankę... Ale poza tym całe moje życie było takie normalne.
- A więc cieszysz się, że cię porwałem – uśmiechnął się, jakby wzmianka o Klaudii go nie ruszyła. Serce zabiło mi szybciej, bo mnie także to nie ruszyło. Zarumieniłam się.
Zespół skończył pierwszą piosenkę, a po chwili usłyszałam pierwsze słowa „Who we are”. Nie wiedziałam, który to dzień, która godzina, ale chciałam się znaleźć w kinie na seansie Igrzysk Śmierci. Chciałam znów mieć nudne życie i marzyć o super przygodach. Teraz zaczynałam rozumieć problemy Katniss Everdeen.
- To nie tak – odwróciłam wzrok. - Nic by mnie nie ucieszyło tak, jak powrót do domu.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że kłamię. Moja podświadomość pragnęła, bym go nienawidziła, tak jak pragnęła, bym kochała Maksa. Ale to wszystko po fakcie okazywało się kłamstwem.
Patrzyłam na Franca, jakbym zobaczyła go po raz pierwszy w życiu.
- Coś nie tak? - zapytał podejrzliwie.
Nie odzywałam się, tylko pochłaniałam wzrokiem jego twarz, włosy, oczy. Nie wiedziałam, czemu to robię, ale nagle poczułam się znów jak pośród gwiazd, która szukała swej kochanej, samotnej duszy. Uśmiechnęłam się do niego nieco bardziej figlarnie, niż zawsze to robiłam podczas zwykłych flirtów.
Ocknęłam się i stanęłam do wampira tyłem, nim zdołałam popełnić błąd. Zamrugałam parę razy, by nie rozpłakać się. Mogłabym chociaż wreszcie poznać siebie. Wiedzieć, co robię, kim jestem. A wciąż nie wiedziałam. A z każdą chwilą wiedziałam coraz mniej...
Poczułam na ramieniu zimną dłoń. Nie poruszyłam się.
- Katerino – odezwał się surowo. - Spójrz na mnie.
Przełknęłam ślinę i odwróciłam się. Postanowiłam skryć chaos uczuć pod postacią niedostępnej i nieco chamskiej dziewczyny. Tą minę też zwykle nosiłam. Dumne spojrzenie, wyniosła postura...
Skrzywiłam się, gdy poczułam, jak zimne palce wodziły po moim ramieniu, aż zawędrowały na szyję. Franc, owszem, był niesamowicie przystojny i męski, ale wciąż nie wiedziałam, czego chcę, więc nie pomagało mi to, co on robił.
- Franc – szepnęłam, jakby głośna muzyka nie istniała. Wampir czekał, aż coś powiem, lecz milczałam i szybko struchlałam.
- Kat – odszepnął, gładząc moją twarz. - Nigdy nie byłaś słodka, nigdy nie byłaś normalna. Dlatego cię lubię.
Zbliżył się do mnie tak szybko, że dopiero po paru sekundach zrozumiałam, że mnie całował. I nie jak zwykli, szaleni od miłości nastolatkowie. Tylko jak niezwykły, szalony nocny łowca. Z jeszcze większym zdumieniem pojęłam, że odwzajemniłam namiętny pocałunek. Czułam jego miękkie, jedwabne usta i delikatną skórę na policzkach, kiedy dotknęłam ich dłonią. Znów czułam iskrzenie, prąd przepływający przez moje palce. Zapomniałam, kim jestem i co tu robię. Długo mi zajęło odparcie tego przyciągania. Znów widziałam miliardy gwiazd, które chichotały, a ja smutna i stęskniona patrzyłam na Ziemię. Musiałam być bliżej tej samotnej duszy. Samo dotknięcie nie wystarczało.

To sprawiło, że się oderwałam od niego i go spoliczkowałam.

________________________________

Taki sobie rozdział. Mam nadzieję, że następne mi się udadzą. A dla fanek romansów też coś będzie ;D Wkrótce...
Oraz chcę powiedzieć, że za niedługo historia Kat i Franca się zakończy ;)
Także chcę też przeprosić za te złączone wyrazy. Nie wiem, co jest grane.
Takie na poprawę humoru xD

20 stycznia 2014

Rozdział 5. Krew.

Leżałam w kałuży krwi półprzytomna. Próbowałam wstać, ale za każdym razem głowa opadała w dół. Czułam silny ból w udzie, jakby milion igieł wbiło mi się w tamto miejsce. Nie widziałam rany, ale musiała być dość niebezpieczna. Czułam, jak ubranie nasiąknęło ciepłą cieczą.
Jakieś zębiska delikatnie chwyciły mnie za nadgarstek i ciągnęły ze sobą. Mówiłam coś pod nosem, sama nie wiedząc co.
Znów czułam osłabienie, senność. Ciężkie powieki opadały, uniemożliwiając widzenia, i chyba nawet ziewnęłam. Nie byłam pewna niczego, co widziałam w tej chwili.
Wilk zawędrował ze mną aż pod kominek. Poczułam ciepło ognia na lewym policzku. Walczyło z sennością, mówiło mi: Wstań! Nie poddawaj się! Ale równie dobrze mógł być to krzyk biedronki. Zignorowałam to.
Ucisk zelżał, a potem nie czułam już kłucia przy dłoniach. Nade mną znalazł się pysk i poczciwe, złote oczy wilka. Patrzył na mnie tak mądrze, że aż się zawstydziłam. Głupio mi było, bo się dałam złapać temu wielkiemu, zdziczałemu psu, a on jakby się dziwił, że tak łatwo poszło.
Nagle pysk schował się w twarzy, sierść odpadła od skóry istoty. Oczy przemieniły się w śliczny błękit przypominający karaibskie wody. Podniosłam dłoń i ujęłam śniady policzek nastolatka. Miał z dwanaście lub trzynaście lat. Niewiarygodne, jak od niego inna była postać wilka. Wilk był szary, wydawał się stary i poczciwy, jako człowiek był młodym, cierpiącym i smutnym dzieckiem.
- Kim jesteś i kto ci to zrobił? - zapytałam ze łzami w oczach. Był za młody, więc nie mógł czynić takich strasznych rzeczy z własnej woli. Dlaczego był wilkołakiem?
- To twoja sprawka, twoja wina! - warknął chłopiec, a z jego ust pociekł czerwony płyn. Być może to była moja krew, która znalazła się w ustach młodzieńca, gdy atakował moje udo. Modliłam się w duchu, żeby to nie był on.
- Co? Dlaczego? - pytałam, czując, jak moje żyły kurczą się, usychają. Coś ta śmierć pragnie spotkania ze mną.
Kiedy z oczu chłopaka popłynęła łza, rozpoznałam, kim jest. Nazywał się Tomek Król i był bratem mojego kochanego Maksa.
To podniosło mnie na duchu i powoli wstałam. Od razu padłam na skórzaną, białą sofę, zakrwawiając ją, ale gdy ulokowałam się na meblu, spojrzałam na chłopaka. Kątem oka widziałam ślady, jak on w postaci zwierzęcia wlókł moje ciało.
- Co z Maksem? - zapytałam, teraz już płacząc. Ale za każdą chwilą brakowało mi łez i sił, więc gdy Tomek począł mówić, głośno oddychałam. Prawie charczałam.
- Źle z nim. On początku twierdził, że coś ci się dzieje. Nie myślał o tym, co mnie się stało! Tylko o tobie! - wykrzyczał. - Ale koniec z tym! Zapłacisz za to, że nas obu skrzywdziłaś! Że przez ciebie jestem potworem, a mój brat umierał z nerwów. „Nie odzywa się do mnie”, mówił jak debil, „Od kiedy była z Aną w klubie i poznały mordercę Klaudii, nie odbiera, nie pisze sms'ów, a na dworze mnie omija! A teraz nagle jej rodzice twierdzą, że pojechała na kolonie!”. „Jakie kolonie?”, spytałem go, bo doskonale wiedziałem, gdzie jesteś, „Chcesz znów ją widzieć? Pozwól mi wyjść do Dzikiego Lasu, mnie nic nie będzie, a jeszcze odzyskam dla ciebie dziewczynę!”. Wyśmiał mnie i zakazał mi tam chodzić. A teraz popatrz! Tyle tajemnic...
Nie słuchałam go dalej, traciłam czucie, jakąkolwiek siłę i zjechałam ze sofy na podłogę. Jak długo potrwa moja śmierć?, pomyślałam.
Nastolatek krzyknął coś do kogoś, kto właśnie wchodził do salonu. Wyłapałam jedynie „zabiję ją”. Patrzyłam bez emocji na jego twarz przekrzywioną grymasem wściekłości. Cofał się w stronę kominka z przerażeniem.
Odwróciłam wzrok i zobaczyłam blondynkę z burzą loczków na głowie i fantazyjnym makijażem. Wyglądała, jakby ją właśnie wypuszczono z wariatkowa. Uśmiech jednak miała grzeczny i uprzejmy. Spojrzała na mnie krótko, wyszeptała coś i ktoś przyłożył do moich ust jakąś mokrą rękę. Zanim zrozumiałam, co się dzieje, łyknęłam napełniającą moją buzię ciecz. Nagle koncentracja do mnie wróciła, już wszystko dobrze słyszałam, ale wciąż czułam suchość w ciele. Po chwili wydawało mi się, że jestem po sutym obiedzie.
Dłoń cofnęła się i odsłoniła mi zatrważający widok. Jagoda, jak przypuszczam, krzyczała coś po łacinie, a w pokoju zrobiła się dziwna wichura, która okrążała nastolatka. Tomek nie wiedział, co się dzieje. Kręcił się wokół własnej osi i próbował się wydostać. Wyglądał żałośnie z łzami na policzkach. Wiatr ustał. Chłopak zatrzymał się i odetchnął z ulgą.
A potem pochłonęło go płomienie z kominka.
Krzyczałam, płakałam i próbowałam się wyrwać z czyjegoś uchwytu. Nie pamiętam, jak zdołałam wstać, ale wyrywałam się, kopałam człowieka, który nie chciał mnie puścić. Moje cierpienie nie miało końca. Patrzyłam, jak chłopak próbuje walczyć z niepokonanym ogniem, szarpie się z nim, biega po samym salonie. Nie mogłam od niego oderwać wzroku. Oczy prawie wyszły mi z oczodołów i nie miałabym problemów, gdyby to zrobiły. Tomek krzyczał moje imię, wołał po pomoc, a potem padł martwy wraz z nim ogień zniknął. Teraz pamiątką po tej strasznej chwili był popiół.
- Jak mogliście? Jak? - wrzeszczałam łamiącym się głosem.
Czarownica, bo jak nazwać inaczej osobę jej pokroju, spojrzała na mnie współczująco.
- Jeszcze nieraz spotkasz się ze zdradą i cierpieniem – zapowiedziała mi ze smutkiem. - Ale gdybym tego nie zrobiła, chłopak narobiłby tobie kłopotów. Zamierzał cię zabić.
- A wy może nie? - szarpałam się z kimś za mną, a gdy na tą osobę spojrzałam, był to mi nieznany jakiś facet z trzydziestką na karku. Miał gęste, czarne włosy z blond pasemkami. Miał też bezkresne, onyksowe spojrzenie. - Kim jesteś, do cholery?
- Jestem Lucjan – przedstawił się ochrypłym głosem, nie ukrywając zdziwienia.
- Wilkołak – syknęłam, kipiąc ze złości. Spojrzałam na blondynkę. - A ty kim jesteś, wiedźmo?
Nigdy nie zachowywałam się tak, jak dziś. Coś nakazywało mi zemścić się za chłopaka i mówiło, że to ich muszę sprowokować do walki.
- Jestem wiedźmą – powtórzyła z pustym wzrokiem. Kiedy ocknęła się, odwróciła się do mnie. - Nazywam się Jagoda i jestem czarownicą.
Szarpałam się w miejscu, ale Lucjan ani widział mnie puścić. Jagoda prosiła mnie, bym się uspokoiła, bo stracę siłę i przytomność, gdyż krew jakiegoś wampira, który zapewne stał za mną i trzydziestolatkiem, może przestać działać.
Gniewnie przeklinałam to na dziewczynę, to na mężczyznę. Patrzyłam przy tym na popiół, który zdawał się być nic niewart.
- Co się dzieje? - zapytał ktoś od wejścia do salonu. Wszyscy razem spojrzeliśmy w tamtą stronę. Franc miał na sobie potargane, zakrwawione dżinsy i biały ręcznik przerzucony przez ramię. Teraz, widząc go bez koszulki, z mnóstwem ran ciętych, mogłam zauważyć dobrze umięśnione ciało i parę blizn.
- Katerina się rzuca – odpowiedział nieznany mi wampir. Owa istota podeszła do do bruneta i mogłam spojrzeć, że to śliczna szatynka. Patrzyła na dwudziestolatka jak na obrazek. Dotknęła jednej jego rany, przesunęła po niej palcem i zlizała krew z palca, nie odrywając z niego oczu. Franc zdjął ręcznik z ramienia i otarł się. Minę miał niezwykle nieczytelną.
Kiedy spostrzegł mój wzrok, zrobiło mi się słabo i zemdlałam.

Obudziłam się w pokoju, którego pierwszy raz widziałam na oczy. Był skromny, z mnóstwem starych książek na półkach, z wielkim fortepianem w centrum pomieszczenia i z laptopem w kącie.
Nie ruszałam się. Wzrokiem pochłaniałam każdy centymetr ściany. Sufit był nieskazitelnie biały, a reszta tonęła w brązie i czerni.
Dopiero po paru minutach uświadomiłam sobie, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam się niechętnie, oparłam głowę wyżej, niż kiedy leżałam, i mogłam swobodnie rozeznać się w sytuacji. Na początku nie poznałam wysokiego blondyna. Musiałam wytężyć dziwnie słaby wzrok i bardzo mocno się skoncentrować. Kiedy obraz się wyostrzył, ów chłopak siedział plecami do mnie i rozmawiał z kimś przez telefon.
- Ana, nie rozumiesz – jęczał. - To, że nie odpisuje, nie znaczy, że zaginęła. Jestem pewien, że dobrze się czuje. A jak wróci, to cię wyśmieje. Mówię ci! A możesz mi nie wierzyć, grunt, żebyś się nie martwiła, dobrze?
Telefon wydał dźwięk charakterystyczny przy rozłączeniu się. Nieznajomy siedział tak przez chwilę i widocznie się nad czymś zastanawiał.
- Łukasz? - usłyszałam głos. Zaraz potem pojęłam, że to był mój głos.
Blondyn odwrócił się i przede mną promieniowała ze szczęścia twarz brata mojej przyjaciółki. Zapiszczałam ze szczęścia, choć w głębi duszy cichy głosik poszeptywał mi, że i on może być zagrożony. Usiadłam i rzuciłam się w objęcia studenta medycyny.
A on czule pogłaskał mnie po głowie i ucałował mnie w czoło.
- Martwiłem się o ciebie, aż dostałem wiadomość, że mogę ci pomóc – szeptał. - Potrzebowali dla ciebie lekarza, a ja się już trochę znam na tym, więc...
- Och, skończ! - krzyknęłam, płacząc. - Mów, co z moimi przyjaciółmi! Rozmawiałeś z Anastazją!
- Siostra martwi się o ciebie, bo skończyłaś do niej pisać. A brat Maksa zaginął, przez co tym bardziej wszyscy się o ciebie niepokoją. Mówi się, że ty, Tomek i Klaudia jesteście ofiarami tej samej bestii. Ale twoi rodzice ciągle powtarzają, że wyjechałaś za granicę, żeby odciąć się od zmartwień. Jednak nikt nie dał się nabrać.
Szepnęłam coś cicho pod nosem. Łukasz posłał mi smutny uśmiech, a potem głośno westchnął i rozejrzał się po pokoju.
- Franc. Jak na potwora to nieźle się urządził. Powiedział mi, że budowanie tej willi zajęło jemu i jego kompanom jedynie miesiąc. Potem zaczął cię szukać i pomylił cię z Klaudią. Kiedy jednak zauważył błąd, było za późno. Musiał ją zabić... A jak skończę ci pomagać, to usunie ze mnie całą pamięć o tobie i wszystkich tych wampirach. Nie zabije mnie ze względu na ciebie.
Prychnęłam z całą pogardą. On zabijał każdego na drodze albo jego „rodzinka” robiła to za niego. Klaudia, Tomek... Nie bał się zabić starych, najedzonych wampirów i swojego przyjaciela. Zrobił to przeze mnie... Nie wiedziałam, czy cieszyć się z tego, że w jakiś sposób zależało mu na mnie, czy płakać, bo tyle osób nie żyje przez nic niewartą Katerinę Luciano.
- A teraz, moja ulubiona pacjentko, idź spać. Musisz nabrać sił, a jak się obudzisz, przyniosę ci jakieś śniadanie – wskazał na okno, za którym rozciągał się obraz czarnego nieba z mnóstwem małych gwiazdek. Serce mi podskoczyło i zrobiło kilka obrotów na ten widok. - Jest teraz noc. Zdziwiłem się, że kilka godzin po tej całej... sytuacji się obudziłaś. Mój przełożony zawsze podkreślał, że to normalne, jak pacjent jest w krótkiej śpiączce.
Położyłam się wygodnie w łóżku i przymknęłam oczy. Przyjaciel opatulił mnie ciepłą kołdrą i szepnął „dobranoc” z uśmiechem. Słyszałam jego kroki, jak odchodził, więc otwarłam oczy.
- Mam pytanie – odezwałam się. - Czyj to pokój?
Nie dawało mi to spokoju, bo w pomieszczenie ktoś dał coś od siebie. Musiał być to czyjś pokój.

- Och, tego wampira – mruknął Łukasz, przyglądając się mojej twarzy. - Wiesz, tego macho, Francois.

______________________________
Specjalnie dziś dodałam tą notkę z okazji mojej szesnastki. :D
Tu gify postaci:
Łukasz
Tomek
Jagoda

A poza tym MUSIAŁAM i to dać:

ORLANDO JEST BOSKI <3


Pozdrawiam!